wtorek, 18 czerwca 2019

Siedem wspomnień - Wspomnienie Pierwsze. Część pierwsza

Dwie kobiety biegły wśród ostrzałów. By uniknąć okrutnego losu, musiały chronić się w ruinach. Ich ludzi wybito jak stado kaczek. Ostały się tylko one dwie.
Półmrok mógł się okazać ich sojusznikiem. Na pewien czas mogły ujść uwadze toczących walki.
-Czy dziś zginiemy Maju? - zapytała młodsza.
-Być może Bóg nas ocali - uspokajała starsza.
Zamilkły na długą chwilę, tuląc kolana do piersi. Potrzebowały tej chwili ciszy, żeby się przekoać, czy sytuacja na zewnątrz się chociaż trochę uspkoiła. Hałasy ustały, więc poczuły się odrobinę pewniej.
-Długo już walczysz Maju. Dlaczego przyłączyłaś się do ruchu oporu?
-Przez pewnego mężczyznę. Ale to długa historia.
-Ale mamy czas. Dopóki nikt nas nie znajdzie, możesz mi opowiedzieć. Chociaż część.
Kobieta zmarszczyła czoło i westchnęła głęboko.
- Jak wspomniałam, to długa historia. i powinnam cofnąć się do momentu, kiedy oboje byliśmy dziećmi. Wtedy właśnie spotkałam go po raz pierwszy.

Gdy tamtego roku nastało lato, a z nim wakacje, nie czułam szczęścia. Wtedy po raz pierwszy nie wyjechaliśmy razem z wszystkimi na Północ. Tam na czas wakacji prznosiło się całe życie towarzyskie i kulturalne. Tam można było spotkać Wielbionych. 

-Dlaczego nie wyjechaliście?
-Bo ojciec stracił pracę w urzędzie, i przez to mieliśmy znacznie mniej pieniędzy, niż rodziny moich rówieśników.

Ojciec z resztą bardzo się przez to zmienił., Odciął się ode mnie i od mamy. Całymi dniami przesiadywał przed telewizorem, kompletnię się nie odzywając. Nawet posiłki spożywał siedząc przed telewizorem. 
Ten marazm zaczynał mnie przerastać więc obiecałam sobie na całe dnie znikać z domu, by uciec przed tą toksyczną atmosferą.  Markotno mi było także z tego powodu, że wszyscy moi koledzy wyjechali.

- Nie było innych dzieci w twoim wieku?

 - Owszem były, ale te ,które pozostały razem ze mną w Mieście, słyneły z okrucieństwa, i zarzywania dziwnych, niebezpiecznych substancji.
- Rozluźniaczy?
-Coś w ten deseń.

Ponieważ trudno mi było znaleźć towarzystwo, postanowiłam sama sobie zorganizować  czas.  Starałam się zjeść śniadanie, najwcześniej, jak się tylko dało. Do koszyka przy moi rowerze, pakowałam książki, blok do malowania, kredki, zeszyt z przypietym długopisem, jechałam do Dużego parku znajdującego się na obrzeżach Miasta. Czas sam jakoś mijał. Najważniejsze było, by wrócić około piątej, kiedy mama wracała z pracy. Trochę jej pomagałam przy obiado-kolacji, później przy zmywaniu. potem może rorobiłam coś jeszcze i dzien mijał. Chociaż codziennie robiłam praktycznie to samo, to nie czułam znudzenia. Duży park zastepował mi towarzystwo i wszystkie rozrywki. Poza tym cieszyło mnie, że miałam go praktycznie tylko dla siebie. 
Pewnego dnia nastąpiła maleńka komplikacja. W moim parku pojawił się intruz.

c.d.n.



czwartek, 13 czerwca 2019

Piszemy wieczorem

Właśnie wychodziłam spod prysznica, i osuszałam włosy, gdy ktoś zaczął z całej siły dobijać się do moich drzwi. Nie był to pojedynczy przypadek. Sąsiąd z wiadomym problemem zawsze mylił drzwi, gdy wracał z wojarzy, budząc mnie przy tym w środku nocy. Co prawda na środek nocy było dużo za wcześniej ale może sąsiadowi się znudziło i wpadł na pomysł, żeby wrócić wcześniej. Wzruszyłam tylko ramionami. Postanowiłam zignorować zakłócenie spokoju i kontynuwać czynności pielęgnacyjne. Ale rzekomy sąsiad nie dawał za wygraną. 
Podeszłam po cichu do drzwi. Wyjrzałam przez wizjer. To nie był sąsiad Majecki. To był Aleksander ze swoją córeczką na rękach. Absolutnie ostatnia osoba na ziemi, która mogłaby stanąć tego dnia stanąć przez moimi drzwiami.
Wrzuciłam pośpiesznie szlafrok i otworzyłam drzwi
-Aleks? 
To nie był ten sam mężczyzna, którego pożegnałam na zawsze trzy lata temu. Ubranie z trudem trzymało się na jego wychudzonym ciele. Włosy długo nie widziały ani szamponu fryzjera a zarost aż się prosił o zgolenie. Mało tego w jego oczach malowała się desperacka prośba o azyl. Jak gdyby bardzo złe siły ich dwoje tu przygnały.
-Przygarniesz nas na jedną noc?
-Pewnie
Może czytający uzna, że zrobiłam głupotę ale kiedy przed naszymi drzwiami staje ktoś, kto kiedyś był całym światem, w tak rozpaczliwym stanie, budzi się ta ostatnia siła, nakazująca chronić i bronić tej osoby a także wszystkiego, co było mu drogie.

wtorek, 4 czerwca 2019

Smarkula

Powrotna droga do domu nie przewidywała niespodzianek, Swój wartszat, mieszczący się przy jednej z przylegających do głównej alei uliczek, zamykałem punktualnie o godzinie szesnastej, brałem swój płócienny plecak i ruszałem do domu.
Później szedłem główną aleją Miasteczka, nazwaną imieniem jakiegoś ważnego działacza. W drodze dane mi było obserowować inny świat, dziejący się jakby obok w terrarium.
Z otwartych na oścież barów dobiegał rubaszny śmiech i brzęk przesuwanych niezdarnie szklanych, kufli. Z jedynej w mieście jadłodajni wyłaniał się smakowity zapach pieczeni w sosie, co i mnie uczyniło głodnym. Dzieciaki wlepiały oczy w witrynę sklepową, niczym zahipnotyzowane mikrośwaitem istniejącym na wystawie. Patrzyły na mechanicznie nakręcane zabawki dokładnie w ten sam sposób,  w jaki ja przyglądałem się im. Gdy przechodziłem obok witryny optyka, przez myśl przeszła mi koniecznośc kupienia nowych okolarów. Ramka znowmu pęknęła w kilku miejscach, i coraz trudniej mi przychodziło mocowanie uszkodzeń plastrem.
Wzruszyłem ramionami. Wszystko to należało przecież do moich codziennych rytuałów.
Główna Aleja przechodziła płynnie w ni-to-skwerek-ni-to-park. W tym upalnym dniu poczułem ulgę, że chociaż pzrez chwilę będzie mi dane iść przez zacieniony obszar. Pogrążony w myslach mknąłem dalej.
Nagle coś wybiło mnie z odmiennego stanu skupienia. Na murku biegnącym wzdłuż parku siedziała Smarkula. Mało tego, że siedziała. Przez cały czas wpatrywała się we mnie swoim rozeźlonym wzrokiem. Trudno było stwierdzić, czy była ładna, na moje pojęcie całkiem przecietna. Jednak bijąca ode niej bierna agresja zupełnie mnie dekoncentrowała. Starałem się odwrócić wzrok, lecz ciągle czułem na sobie jej spojrzenie.
Obym jej tu już nie spotkał. A co jeśli spotkam?


czwartek, 30 maja 2019

Wszystko jest dobrze


„Wszystko jest dobrze. Zaraz sobie to wyjaśnimy. Przecież ja i Brennington jesteśmy całkiem fajną parą…Parą przyjaciół. I żadna Nina Salamander nic tego nie zmieni. Może nie było idealnie, czasem nie potrafiliśmy powiedzieć sobie pewnych rzeczy wprost. Ale przeszliśmy tyle razem i przecież nie raz jedno drugiemu ratowało tyłek. I fakt, że dziś rano zachowywał się jak kretyn, nie jak Brennington Kretyn tylko jak zwykły kretyn nie paliło mostu między nami. I co z tego, że o niej napomknęłam? Przecież to nie dało mu powodu by tak zareagować. Nie byłam zazdrosna o nią. No może trochę. Powinnam się uspokoić „ szeptałam sobie w duchu.
Ale nie potrafiłam się uspokoić. I nadchodzący zachód słońca wcale mi w tym nie pomagał. Zachodnie niebo wyglądało tak, jakby ktoś rozniecił pożar, pożogę kojarzącą się z totalną katastrofą. Refleksy padające na budynki po drugiej stronie jeszcze potęgowały złowrogi widok. Poczułam ciarki w lędźwiach.
Odezwał się dzwonek mojego telefonu. Odebrałam połączenie przychodzące.
-Iwo? Wszystko w porządku – kojący głosik Tin przyniósł mi wielką ulgę.
-Tak Tin. Witaj kochana. Jak dobrze, że dzwonisz – gdzieś w połowie tego zdania załamał mi się głos.
-Ooj biedactwo. Przyjeżdżaj najszybciej jak możesz.
-Nie mogę Tin. Brenington chciał się spotkać.
-No widzisz. Już oprzytomniał. Znasz go, najpierw nawywija, a później przyjdzie i przeprosi.
-A ta Nina Salamander. Byli kochankami. Ona ciągle może mieć na niego wpływ. Wiesz co się działo dzisiaj rano.
-Ach kochana, nie przejmuj się nią. Xavierowi nalało się do uszu przez nią i ludzi jej pokroju. On jest doskonale świadomy, że ma się od nich trzymać z daleka. Wierzę, że dziś wieczorem się pogodzicie. Wszystko się ułoży. Przyjdźcie potem. Nie szlajajcie się byle gdzie.
-Dobrze. Do zobaczenia.
Poszłam na miejsce spotkania z miękkimi nogami. W myślach sto razy pisałam scenariusze tej rozmowy. On tam już stał. Chciałam coś mówić, ale on zamknął moje usta pocałunkiem. Jego usta były zupełnie inne, pocałunek był inny, niż ten, który pamiętam z Malty. Zimny martwy i obcy.  
Już miałam mówić, żeby przestał, że mi się to nie podoba. Nagle poczułam ogromny ból w okolicy splotu słonecznego. Potem o moim brzuchu rozlało się ciepło. Przerażające ciepło. Ostrze zostało wyciągnięte, a on odwrócił się na pięcie i czym prędzej odszedł.
Odruchowo dotknęłam brzucha. Gęsta, ciepła ciecz oblepiła moje palce.
Jak na autopilocie dotarłam do naszego mieszkanka. Nacisnęłam dzwonek. Drzwi się otworzyły się ale nie widziałam, kto stał za nimi. Moje oczy zalała ciemność.
-Wielkie nieba! Tin! Chodź tu szybko! – z przedsionka dobiegł mnie przerażony głos H.
W przedsionku Raul trzymał w ramionach osuwającą się an ziemie, nieprzytomną Iwonę. Jej twarz była trupioblada a usta sine. Z głębokiej rany kłutej sączyła się krew. Nie wiem, jakim cudem udało jej się dotrzeć do domu.
Raul i Hope przenieśli dziewczynę na kanapę.
Przyłożyłam dłonie do jej brzucha i użyłam całego daru, jaki mi dano, mając nadzieję, że moje przeczucia nie są prawdą i że rana nie jest śmiertelna.

niedziela, 19 maja 2019

Nie zapomnij o mnie

Nad miastem gęstniały burzowe chmury. Przyspieszyłam kroku, ponieważ nie miałam ochoty zmoknąć, a w wyniku pośpiechu zapomniałam parasola.
Na szczęście zakupy były zrobione,  trzy bułki i butelka mleka niosłam w płóciennej torbie.
Na czole poczułam pierwsze krople deszczu.
"No cóż. Od deszczu się rośnie"
Ulewa postanowiła się jednak wstrzymać. Odetchnęłam z ulgą.
Wspięłam się po bardzo wąskich, i stromych schodkach, pnących się wzdłuż nasypu. Wcześniej ich tu nie było, widocznie wybudowali je niedawno.
Rozejrzałam się dookoła. Znałam dobrze okolicę. Jednak czegoś mi tu brakowało, nie potrafiłam jednak stwierdzić, czego. W najgłębszych zakamarkach pamięci majaczyły opony  poustawiana w kształt, kręgu, jednak trudno mi było rozróżnić, czy wspomnienie było prawdziwe, czy to wszystko kiedyś mi się przyśniło. A może przywłaszczyłam sobie czyjeś wspomnienia? Kiedyś podobno w tych okolicach lokalni koneserzy trunków pod gołym niebem pogonili jakieś dzieciaki. Może mi się wszystko pomyliło.
Kontynuowałam wędrówkę wzdłuż garaży. Okolica była podejrzanie wyludniona. Nikt stąd nie wyjeżdżał ale też nie przyjeżdżał. Wreszcie droga zbiegła się z główną aleją parku. Moim oczom ukazał się znajomy zalesiony zakątek, w którym tak lubiliśmy się bawić jako dzieci.
Niezapominajki to są kwiatki z bajki.
Zrobiłam kilka kroków.
Rosną nad potoczkiem
Tuż po mo mojej lewej stronie ujrzałam głogowy gaj. Byłam prawie pewna, że z tym wspomnieniem wiąże się kolejne wspomnienie, ale ścieżka w mózgu prowadziła do nikąd. 
Niewysokie drzewa rozkwitły na biało na wiosnę. Ich poszycie dawało niemal całkowite zacienienie. Mimo to w pobliżu jednago z pniów rosły sobie kępki błękitnego kwiecia. 
Patrzą żabim oczkiem
Zamachnęłam się na życie biednych kwiatów i wyrwałam maleńki bukiecik. Kwiatuszki miały po pięć niebieskich płatków i żółty środek otoczony maluteńką obwódką - zwany "żabim oczkiem". Kępka dawała delikatną, ledwie wyczuwalną woń.
I tak mówią skromnie "nie zapomnij o mnie"
Taki bukiecik kiedyś od kogoś otrzymałam. Od kogoś, o kimś obiecałam nigdy nie zapomnieć. Zagłebiłam się z całej siły w mojej pamięci. Przywołałam bardzo wyblakłe wspomnienie chłopca o ciemnych włosach, ciemnych oczach i miodowej skórze. Ubrany był w koszulkę polo w kolorze cytryny. Tamtego dnia niebo również tak pociemniało. Groźnie pomruki zwiastowały nadchodzącą burzę. Cienie zastąpiły nam drogę. 
"Uciekaj"
"Nie zostawię cię"
"Nic mi nie będzie. Uciekaj"
Potem nic już nie mogłam sobie przypomnieć. Jakiś dawny smutek obudził się nagle po wielu latach.
Niezapominajki to są kwiatki z bajki
Rosną nad potoczkiem
Patrzą żabim oczkiem
I tak mówią skromnie "nie zapomnij o mnie"

"Gerdo, już czas. Musisz uratować Kaja"
Foto: Katarzyna Dela







piątek, 3 maja 2019

„Wakacyjne Zda(e) rzenie – Ballada wagonowa”


Gustaw Przybyszkiewicz oczekiwał na dąbrowskim dworcu Pendolino, który miał go zabrać do stacji Warszawa Centralna. Stamtąd miał ruszyć następnym pociągiem w kierunku Białegostoku i magicznego Podlasia. Rześkie, czerwcowe powietrze budziło w nim tę pełną ekscytacji myśl: „Za chwilę czeka cię niepowtarzalna przygoda, kolego”.
Oczami wyobraźni już widział siebie rozpartego w wygodnym fotelu gwiazdy PKP Intercity, w pustym klimatyzowanym przedziale. W dłoni trzymał czytnik z świeżutkim e-bookiem a ze słuchawek płynęła jego ukochana muzyka Pink Floyd’ów
Punktualnie, kwadrans przed ósmą, nowoczesna machina zatrzymała się na peronie, z sobie charakterystyczną włoską gracją. Gustaw, radosny niczym skowronek, popędził do wyznaczonego mu przez system komputerowy wagonu.
Już był w ogródku, już witał się z gąską”, kiedy jego marzenia o cichym, pustym przedziale legły w gruzach. Zbiór indywidualności w prawie pełnym już wagonie generował bowiem tak niebywały jazgot, że głowa zaczynała boleć od pierwszych minut obecności w pociągu, i nic nie wskazywało, że mogłoby się to kiedykolwiek skońćzyć.
Już od drzwi wejściowych dało się słyszeć składankę hiphopową, jaką raczył pozostałych pasażerów siedzący przy stoliku, hardkorowy koks Sebastian. W tekstach tych utworów zmieścił się chyba cały słownik wulgaryzmów polskich. Najwidoczniej poczyniono już próby zwrócenia mu uwagi, gdyż siedzące naprzeciwko, wystraszone, starsze małżeństwo czyniło wszelkie starania, by się już z nim nie spotkać wzrokiem.
Podróży bynajmniej nie umilało Gustawowi sąsiedztwo wyjątkowo rozkapryszonego dzieciaka, który siedział tuż za nim. Malec miał około cztery lata i siedział tuż za nim wraz z matką. Jego zachowanie było naprawdę koszmarne: najpierw kopał z całej siły w siedzenie Przybyszkiewicza, potem jeździł mu po głowie plastikowym resorakiem, a na koniec zaczął wyć i domagać się ulubionej maskotki, fioletowego hipopotama Hipolita.
-ŁAA!! Ja chce Hiiiipcia!!!-zawodził smarkacz.
W Gustawie zawrzało. Zerwał się z siedzenia i odwrócił do siedzącej za nim matki, by domagać się uciszenia bachora, ale wzrok walecznej biznes woman z Katowic, matki chłopca, ochłodził jego zapędy.
-Ma Pan jakieś zastrzeżenia do mojego aniołka? – od razu zaatakowała tleniona na blond, opalona w solarium, mocno umalowana, władcza osoba.
Gustawowi odebrało mowę na sekund sześć, po czym nieudolnie wydusił z siebie:
-Ja tylko chciałem zapytać, czy mój plecak nie będzie utrudniał wyjęcia Młodemu zabawki.
Kobieta spojrzała na niego podejrzliwie, po czym on wrócił na miejsce z piekącą, czerwoną ,jak mijane po drodze maki, twarzą.
Podróżnicza tragedia zdawała się nie mieć końca, gdy na następnej stacji dosiadł się posiadacz biletu, obowiązującego na miejsce pod oknem.
Z niebieskim, aksamitnym kubrakiem w ręce lewej i pasującymi doń pantalonami w ręce prawej niezdarnie wgramolił się na swoje siedzenie. Jakby tego było mało, okazał się być aktorem. Czas podróży postanowił bowiem wykorzystać na ćwiczenie swojej nowej roli, na cały głos, bez skrępowania.
-Wasza Wysokość, miejcież litość, pan szambelan był niezdrów – deklamował z przesadną mimiką.
Dla Gustawa było to jednak zbyt wiele.
-A ZAMKNIJŻE SIĘ PAN!!!!NIKT PANU NIE MÓWIŁ, ŻE W POCIĄGU TEŻ OBOWIĄZUJE SAVOIR VIVRE. JA SIĘ ŻEŚ PAN JESZCZE NIE NAUCZYŁ TEJ ROLI, TO SIĘ PAN NIE NAUCZYSZ!!-wybuchnął.
Aktorzyna zamilknął, po czym obrażony odwrócił się do okna. Jednak wcale nie uspokoiło ni też nie ucieszyło to imć Przybyszkiewicza. Przeciwnie, gwar wzmagał w nim z sekundy na sekundę, rządzę mordu.
Już miał sięgnąć po najbliższy, ostro zakończony przedmiot i utoczyć czyjejś krwi, gdy pociąg zatrzymał się na następnej stacji a w drzwiach pojawiła się Ona.
Drobniuteńka brunetka z fryzurą a la Audrey Hepburn, w czerwonej, rozkloszowanej sukience, jakby żywcem wyjęta z „Rzymskich wakacji” przemknęła przez przedział z niebieską walizką na kółkach, niczym jaśniejący obłok.
Przybyszkiewicz zerwał się jak opętany i pospieszył w stronę drzwi. Po drodze dostrzegł leżącą na podłodze kartę biblioteczną, najwyraźniej upuszczoną przez zjawiskową pasażerkę.
„Będę miał więc pretekst do rozpoczęcia rozmowy” pomyślał ucieszony. „Ta prawie katastrofa ma jednak szansę na szczęśliwe zakończenie.”

Świąteczne zda(e)rzenie – Świąteczna awantura

W te Święta nic nie zapowiadało, że najważniejszy ich punkt stanie pod znakiem zapytania. Nie spodziewali się tego także Dalia i Benio, słodko drzemiąc na sofie, wtuleni w siebie pod choinką. Coś nagle tąpnęło, trzasnęło i szyby w oknie rozsypały się  w drobny mak. Pozaczepiane jeden o drugi, srebrzyste łańcuchy runęły na podłogę. Tylko bombki wisiały niewzruszone.
Benio podniósł głowę, przetarł oczy, i wtedy dotarło do niego, że ktoś właśnie zdemolował im mieszkanie. Tymczasem do pomieszczenia zdążyło się już wedrzeć lodowate powietrze. Okrył więc Dalię szczelnie kocem. Nie chciał jej budzić. Wcale a wcale. Tak słodko spała. Ze złocistymi loczkami wokoło buzi wyglądała jak bożonarodzeniowy aniołek. Jednak tylko Dalia potrafiła przywrócić szybę do poprzedniego stanu, zanim oboje zamarzną na śmierć. Nie było szans przecież, by w środku nocy w Święta znaleźć szklarza.
Dziewczynie zaczęło być zimno więc szczelniej otuliła się kocem. Benio delikatnie zaczął ją budzić.
-Dalia, Słonko, proszę obudź się – wyszeptał czule, trącając jej ramię.
-Beniu – odezwała się zaspana– co tu się dzieje? Dlaczego jest tak strasznie zimno?
Dziewczyna usiadła na sofie zdezorientowana.
-Jakieś dranie znowu rozbiły nam szybę, wracając z pasterki.
Wargi Dalii zadrżały a z kącików jej oczu, wzdłuż linii nosa spłynęły dwie małe kropelki. Szybko jednak poderwała się, wzięła do ręki swoją różdżkę, wyszeptała coś pod nosem i rozbite kawałki szkła ponownie stały się szybą.
-Łańcuchy posprzątamy jutro – rzucił ponuro Benio.
Już mieli przenieść się do sypialni, gdy coś nieśmiało wychyliło się zza choinki.
-Coś za jeden?! – Benio od razu  zauważył intruza i ruszył w jego stronę.
Mały puchaty elfik, chcąc nie chcąc, opuścił kryjówkę. Puchaty, bo otulony, ciepłą czerwoną, puchową kurtką i z wystającymi spod czapeczki, spiczastymi uszkami. Jego piwne oczka zaszkliły się od łez.  Dalii złość szybko przeszła, jej miejsce zajął instynkt opiekuńczy. Położyła malcowi rękę na ramieniu.
-Ja nie chciałem – tłumaczył się szlochając – tylko coś mi się bardzo ale to bardzo nie udało.
- Nic się nie stało – uspokajała go Dalia – szyba jest już cała, bo jak rozumiem, ty ją  niechcący zbiłeś, prawda?
Starając się unikać wzroku dziewczyny, elf potwierdził jej słowa skinieniem głowy.
-Kim jesteś mały i co cię do nas sprowadza? – zapytała łagodnie.
-Jestem elf Cezary, a przyszedłem do was, ponieważ mam znaleźć potężnego czarodzieja i bardzo dobrą wróżkę.
„Wróżka to ja", pomyślała Dalia „ale Benio nie posiada kompletnie żadnych cech czarodzieja”
-Jeśli mi wolno wiedzieć, po co masz znaleźć tych dwoje?
-Tak mi kazali moi koledzy. Z resztą wszystko mam napisane, o tutaj!
Z wewnętrznej kieszonki swojej kurtki elf wyjął wymiętoloną karteczkę, na której napisano: „znaleźć czarodziejkę Dalię. Dąbrowa Górnicza ul. Kościuszki 23/7. Ona będzie wiedziała gdzie szukać.”
Czyli malec parę rzeczy pomieszał. I nikt nie podejrzewał Benia o zdolności magiczne.
-Stało się coś strasznego, Mikołaj od nas uciekł. – elf Cezio klapnął pupą na kolorowy bieżnik, podparł bródkę piąstkami i zaczął swoją opowieść, w której Mikołaj w pewnym momencie zostawił sanie, z prezentami, elfami i reniferami, i oddalił się w nieznanym kierunku, a potem zapadł się pod ziemię.
-Trzeba więc go znaleźć przed świtem, wręczając przy tym jak najwięcej prezentów – nie traciła zdrowego rozsądku Dalia.
-Tak by to pokrótce wyglądało –podsumował Cezio.
Po chwil Benio miał już na sobie swój sweterek w jodełkę oraz prochowiec do zadań specjalnych.
-Czekaj Beniu, tak nie możesz iść. By rozdawać prezenty, musisz chociaż trochę przypominać Świętego Mikołaja- zatrzymała go Dalia.
-Prawda – dodał elfik, przyglądając się mu krytycznie – młodzieniec ma odpowiednią posturę, jest wystarczająco wysoki, ma nawet trochę brzuszka, tylko wygląda zbyt młodzieńczo.
Benio wpadł jak śliwka w świąteczny kompot. Dobrze wiedział, co to oznacza.
Czarodziejka machnęła dwa razy różdżką i kasztanowe włosy chłopaka zmieniły kolor, na śnieżnobiały, wyrosła mu długa broda, a ubranie stało się czerwonym kompletem, obszytym białym futrem.
-Zmarszczek ci nie zrobię. Boję się, że nie mogłabym tego potem cofnąć – zażartowała Dalia.
Dziewczyna również sobie sprawiła strój Śnieżynki:  błękitny, obszyty białym futrem, aksamitny płaszczyk, takąż samą długą spódnice i białe buty, na których lśniły lodowe kryształki.
Zaraz wszyscy siedzieli w saniach. Tyle, że niemal wszystkie prezenty zdążyły się obudzić. Lalki, miśki i klocki, buntowały się, dlaczego jeszcze nie są u dzieci i muszą czekać na tym zimnie. Z trudem udało im się je uspokoić. W tę Wigilię, tylko książki spały spokojnie.
-Teraz Ceziu, powiedz proszę jak powozi się saniami – poprosił Benio, wczuwając się w rolę Mikołaja.
-To proste. Mówisz „Rudolfie pędź” i Rudolf wraz z reniferami wznoszą sanie do góry. Gdy pociągniesz lejce w prawo, skręcają w prawo, i analogiczne jest tak samo ze skrótem w lewo. Gdy pociągniesz obie, renifery zaczną szukać miejsca do lądowania.
-Rudolfie pędź – zawołał Benio i sanie poszybowały z impetem w górę.
-Śnieżynko Dalio, do kogo trafi następny prezent.
-Do Mai, lat pięć ze Strzemieszyc.
Pierwsze wręczenie prezentu nie obyło się dla Benia bez przykrych incydentów. Po prostu ześlizgnął się z poręczy. Na szczęście długa broda tylko mu pomogła. Zaczepił się o nią i dzięki temu z wielkim trudem udało mu się wpełznąć do środka. Później wszystko poszło już sprawnie tak, że doręczyli niemal wszystkie prezenty. Tylko na ślad Mikołaja nie potrafili trafić. Nagle ich uwagę przyciągnęły turkusowe przebłyski.
-To pewnie tutaj – szepnęła Dalia.
Benio pociągnął za lejce i renifery wylądowały na ośnieżonej polanie. Mimo zasp udali się w miejsce, nad którym unosiła się turkusowo – srebrzysta łuna. Tam zastali ponury widok. Mikołaj siedział przywiązany do drzewa, a poświata zaklęcia otaczała go, czyniąc  odciętym od rzeczywistości.
-Hubertus! Zostaw natychmiast Mikołaja! – Dalia najwyraźniej rozpoznała złośliwego duszka.
-Nie! Ten dziadek musi mi zapłacić za lata upokorzeń i wszystkie nieudane Święta bez prezentów przez wszystkie trzysta siedemdziesiąt trzy lata mojego życia. Plus odsetki!
-Niedoczekanie twoje! Incavea includere(zaklęcie przyskrzyniające).
Po chwili niecny chochlik siedział już uwięziony w klatce. Czarodziejka musiała go zakneblować, gdyż co chwila krzyczał coś niemiłego pod jej adresem.
Zaczęli cucić starszego mężczyznę. Przez chwilę Święta zawisły na włosku. Mikołaj niepomny tego, ziewnął, po czym gwałtownie zamrugał.
-Co my tu robimy Ceziu, i kim są Młodzi ludzie –poderwał się gwałtownie, otrzepując śnieg z kombinezonu. –Ależ mnie ziębi w posiedzenie.
-Oni chcieli pomóc. I nawet prezenty prawie wszystkie rozwieźli.
- A co to za osobnik siedzący w klatce?
-Chochlik, mieliśmy z nim już na pieńku. Uwięził Mikołaja przy pomocy hipnobączka. Pewnie wrzucił go do jednego z prezentów
-Zajmiemy się nim później. Teraz musimy zdążyć przed świtem, inaczej dzieci nie dostaną swoich wymarzonych zabawek.
-Tylko dwoje zostało, niech się Mikołaj o to nie martwi.
Mikołaj odwiózł dwójkę do domu. Dalia przywróciła oczywiście Beniowi jego codzienny wygląd. Zmęczeni wrażeniami tej nocy, udali się do łóżek, i od razu zasnęli. Gdy obudzili się rano, pod choinką czekała na nich kula śnieżna, z  pozytywką oraz wesoło machającym doń Mikołajem a także naszyjnik w kształcie śnieżnego płatka